|
Świetnie Ci idzie! Schudłaś 4.6kg |
Historia wagi
Jutro biorę się do roboty! Mam taką stertę prac do sprawdzania, że zajmie mi to chyba cały dzień! Ale na pocieszenie czwartek też mam wolny. Łaskawcy, przepadają mi tylko 2 lekcje. VI klasy piszą sprawdzian. Taki mam przedmiot, że bardziej się przejmuję niż oni. Troche jestem niesprawiedliwa, dzieciaki też to przeżywają, w końcu to ich pierwszy poważny egzamin w życiu. Tylko konsekwencje jego są żadne, przynajmniej dla nich. Tylko szkoły ustawiane są w rankingu i rozliczane przez kuratorium. Ech, szkoda gadać.
Jak mnie już naszło tak na refleksje (to chyba z przejedzenia), to chcę włączyć się do dyskusji o młodych panienkach, które chcą schudnąć z kości na ości. Niestety sprawa nie dotyczy tylko nastolatek, te po 20-tce też często nie są mądrzejsze. Wpis typu: "musiałam podać, że jestem niższa, bo nie mogłam się zalogować z moja docelową wagą" przypawia mnie o dreszcz grozy. Może to wyda się niemożliwe niektórym, ale jeszcze pamiętam czasy, kiedy byłam w ich wieku. (Chociaż dziecię zapytało mnie kiedyś: mamo, a pamiętasz jak żyły dinozaury?) Też uważałam, że jestem gruba mając 55 kg. Ale chodziło mi o jakieś 2-3 kg. Nigdy nie marzyłam, żeby ważyć 45, nawet przy moim niewielkim wzroście. Bo to było nienormalne. Uprawiałam sport, biegałam i to wszystko. Jadłam normalnie. Fakt, nie było wtedy tych wrednych chipsów itp. Ale przecież z tego można zrezygnować, nie trzeba się zaraz głodzić. Jak czytam, że rozpaczają, bo zjadły normalny obiad, to się we mnie przewraca. Ech, już adrenalinka mi podskoczyła, dość, bo będę musiała wykasować, to co mi się pod palce nasuwa :)
Pozdrawiam! A jutro do dzieła z dietką. Alleluja i do przodu!!!
niech zające i barany pospełniają wasze plany
święta to jest czas wyżerki
porzućcie wszystkie rozterki
niech to będzie czas uroczy
życzę wam miłej Wielkanocy
Mam taką uśmiechniętą buziulkę, bo mogłam przesunąć mojego motylka aż o 1,1 kg. A już chciałam go wymienić na ślimaka. Jednak dieta o zmniejszonej dostawie kalorii i skrupulatne odmierzanie porcji na nowej wadze przyniosło wreszcie efekty, bo wcale więcej nie ruszałam się niż ostatnio. A pani Joasia stwierdziła, że chyba jestem za leniwa, dlatego tak wolno chudnę. Tzn powiedziała bardzo delikatnie, że to moja przemiana materii jest leniwa, ale ja już sobie doczytałam między wierszami... No i trzeba się znaczy się wziąć do galopu i to dosłownie :) Szczególnie, że są święta, a moja teściowa robi super smaczne ciasta i ja z premedytacją planuję nagrzeszyć bez żadnych wyrzutów sumienia. Nawet jak waga podskoczy, to nie będę się dołować, tylko najwyżej więcej pedałować. Zresztą poczyniłam już przygotowania do popełnienia przestępstwa: nabyłam drogą kupna herbatkę przeczyszczającą. Wiem, wiem, to pachnie bulimią. Ale obiecuję, że ją po świętach wyrzucę. Ale i tak nie mam zamiaru napychać sie "do kija", tzn. tak, żeby nie było siły się zgjąć. O nie, nie!! Tylko troszkę sobie pofolguję.
Dość o przestępstwie z premedytacją! Teraz to już muszę zająć się troszkę domeczkiem i jednak ogarnąć go trochę przed świętami. Wczoraj uporałam się z zimowymi butami i kurtkami. Nawet łyżwy wyniosłam już do pownicy, chyba się już nie przydadzą. Krytego lodowiska jak nie było, tak nie ma. Potem polką galopką przeleciałam się po Olsztynie i wreszcie udało mi się zakupić coś podobnego do dywanu. Stary już leży na śmietniku - poległ w walce z Puciem.
Dwa kurczaki w koszu siedzą,
i rzeżuchę sobie jedzą,
baran w szopie zioło pali,
pewnie zaraz sie przewali,
ksiądz za stołem juz się buja
Wesołego Alleluja!!!
Wesołego królika, co po stole bryka,
spokoju świętego i czasu wolnego,
życia zabawnego w jaja bogatego
i w ogóle - wszystkiego, kurcze, najlepszego!
Dzisiaj z rana bez gadania weź się do jaj malowania,
maluj wszystkie bez wyjątku i te z majtek i te z wrzątku.
No to lecę malować te jajka!
Wszystko mnie boli i czuję wszystkie mięśnie. Książę małżonek dał dzisiaj czadu. Tańczyliśmy ze 2 godziny. I żeby było śmiesznie, to zupełnie bez muzyki. Nie żeby się odtwarzanie zepsuło, nie, nie. Po prostu, co ma nam muzyka w tańcu przeszkadzać ;) Ćwiczymy poszczególne kroki i ich połączenia i na razie to ciężka praca, trochę przyjemności też. Dopiero potem, w nagrodę, mamy potańczyć przy muzyce. Ale nie wierzę, że nastąpi to w tym stuleciu.
Nie wiem, czy wy też tak macie. Jak chudłam, to nikt tego nie widział, sama musiałam się chwalić. Teraz, jak waga stoi jak zaczarowana, wszyscy rozpływają się nad tym, jak to podomno znikam w oczach (wolałabym raczej w dupie). No ale teraz głupio byłoby znów się obeżreć i przytyć. A było się nie chwalić!! Dzisiaj i tak zgrzeszyłam, najpierw tylko trochę i bez wyrzutów sumienia (taki jestem zatwardziały grzesznik): gryzek sznikersa i 2 łyżeczki czubate karmelu z puszki (mniam). No ale potem, to dowaliłam: jajecznica na kiełbasie!! Ale to przez to, że się przegłodziłam i ominęłam lunch. Dzisiaj już tylko woda, nawet suchego czarnego chleba nie będzie :(
Dzisiaj chyba po raz pierwszy w 100% zrealizowałam plan posiłków, bez żadnych zmian. To dzięki nowej wadze. Mogę wreszcie dokładnie sprawdzić, ile jem a nie tylko na oko. Zliczam też kalorie. Maksima miała rację, że waga zawyża ich liość. Nie szkodzi, niech zawyża. Dzisiaj nawet z zawyżaniem zmieściłam się w 1200 kcal. Jest nieźle, zobaczymy co na to waga łazienkowa powie w piątek. Może tak po rodzinie, też będzie dla mnie dobra?
Miałam kilka pytań o tę wagę. Otóż zamówiłam ją przez Allegro i zapłaciłam razem z przesyłką 85 zł. Przysłali bardzo szybko, bo płaciłam przelewem. Na razie jestem zadowolona :))
Chciałam kupić dzisiaj nowy dywan, bo stary już cosik przez Pućka sfatygowany: brudny i nadgryziony z jednej strony, która akuratnie schowana jest za sofą i za bardzo nie widać, no chyba, że ktoś się nachyli. Nawet zmobilizowałam księcia małżonka do wizyty w OBI i kicha. Nic porządnego, tzn. maskującego brud i niedrogiego (bo przecież najwyżej ze 2 lata wytrzyma) nie ma. A już miałam nadzieję, że czyszczenie dywanu sobie odpuszczę. Nic z tego.
Acha, w niedzielę znów ćwiczyliśmy tango i nawet jutro mamy w planie. Znaczy się książę małżonek wrócił do formy.
Mam już kuchenną wagę z opcją liczenia kalorii. Niezła zabawka i całkiem przydatna. Pomaga w kontrolowaniu pochłanianych produktów, no bo najpierw trzeba je zważyć i zapisać do pamięci. Trzy razy pomyślę zanim coś wtrząchnę. A ile czasu mi na razie schodzi na ważeniu! :) Zanim znajdę na liście kod potrzebnego produktu, to już nie mam czasu na jedzenie. W wolnej chwili muszę tę listę zrobić według własnego klucza. Marzenia! Kiedy ja znajdę wolna chwilę?
Zeszły tydzień przemknął pod znakiem braku wolnego czasu i totalnego niewyspania. Stwierdziłam, że tej roboty domowej i zawodowej w życiu nie przerobię tak, żeby mieć 100% satysfakcji. Jakaś perfekcjonistka jestem, czy co? Zatem wczorajszy dzień sponsorowała (jak to pisze panifoka) literka O i W. Najpierw olałam świąteczne porządki, a w zasadzie porządki w ogóle a potem pojechaliśmy z księciem małżonkiem i młodszą latoroślą na wycieczkę rowerową. Pogoda była super, pies się zmachał i miał dość spacerów do dzisiejszego ranka. Potem wybraliśmy się na wernisaż do Synagogi w Barczewie, niestety latorośl się zbuntowała. Też miała dość po wycieczce. Wernisaż jak to wernisaż. Załapaliśmy się na darmowego szampana i czerwone wytrwane winko. :) No co?! Przeciez dobre na trawienie. Posłuchaliśmy występu słowno muzycznego w wykonaniu miejscowego chóru.
Sami też mieliśmy koncert, ale w czwartek, na zamku w Olsztynie. Też przy okazji otwarcia wystawy - ikon. Śpiewaliśmy muzykę cerkiewną. No a po koncercie jak zwykle do "Teatralnej", a ja grzecznie tylko soczek pomidorowy, gdy inni piwko.
Fryzurkę też mam już nową. Króciutkie włoski, na 2 miesiące spokój. Pan Andrzej dobrze strzyże, więc nawet jak włoski podrosną układają się pięknie.
Od dzisiaj zmieniłam dietę na mniej kaloryczną. Na razie nie widzę wielkiej różnicy w potrawach, ale może w ilości? Głodna dzisiaj nie byłam, chyba nie zdążyłam, bo moje poniedziałki wyglądają tragicznie a dziś wyjątkowo. Ale 2 lampki wina zdążyłam wypić ;)
Waga ani drgnie. Tym razem ma prawo, bo od czwartku nic nie ćwiczyłam poza krótkimi spacerkami z Puciem. W weekend dieta też w zasadzie była taka tylko na słowo honoru. Ale nie popadłam w obżarstwo. Jestem ciekawa, jak będzie jutro po tej późnej kolacji. Zjadłam w końcu tylko to, co miałam na dziś przepisane. Jutro tez czarno widzę przestrzeganie pór posiłków. Cóż, zobaczymy. Gdzieś ulotnił się mój entuzjazm, ale trwam...
Myślę, że nie muszę się też martwić o dietkę. Wprawdzie dziś tylko śniadanie było vitalijkowe, ale z resztą posiłków starałam się nie przesadzić. Oceńcie same:
śniadanie: herbatka, pomarańcza, 3 łyżki jogurtu naturalnego z 3 łyżkami muesli i kiwi
II śniadanie: kawa z mlekiem, jabłecznik z 2 gałkami lodów (tu trochę zaszalałam)
Obiad: lampka czerwonego wytrawnego wina, 4 pieczone pierożki argentyńskie z mięsem, sałata z grzankami, smażonym boczkiem i parmezanem, herbata
Podwieczorek: jabłko i 2 pomarańcze
Zaczęłam liczyć, ile to wyszło w kaloriach. No to bez obiadu jest 1000. Zatem myślę, że zmieściłam się w swoich zaplanowanych 1500 kcal.
A oprócz nowych pazurków, to jeszcze idę na ploty z przyjaciółką. Dawnośmy się nie widziały, to będzie o czym pogadać.
Acha, kupuję sobie wagę elektroniczną z pomiarem kalorii. Niestey nie da się chyba inaczej. Muszę zatrudnić tego policjanta, choć nie lubię tej biurokracji jak... Nie będę się wyrażać, tak. Może ktoś ma taką: Eldom DWK 100 i może mi powiedzieć, jak to się sprawuje?
No i dzisiaj z tej żałości wcale się nie nażarłam, grzeczna byłam. Tylko niestety nie umartwiałam się dodatkowo na rowerku, trudno.