Obudziała się w sobotę wyjątkowo wcześnie.
Jakoś nie mogłam spać. A może miałam się wcześniej obudzić?
Kiedy wyszłam na taras, moim oczom ukazał się gniewny, zachmurzony Jeziorak. Czarne chmury wisiały ciężko nad wodą. Było smutno i przygnębiająco.
Pomyślałam sobie, że dzisiaj nici ze spaceru bo na pewno będzie lało. Woda na jeziorze nie była spokojna a wiatr gnał ołowiane chmury z zadziwiającą prędkością.

Zrezygnowana zrobiłam sobie kawkę i kiedy wyszłam z nią na taras, to nie mogłam się nadziwić jak zmieniło się niebo.
Było przepiękne.
Przez ciężkie chmury przedzierało się z wolna słoneczko, tworząc co chwila inny, ale jakże piękny obraz na niebie. Złapałam za aparat i zapominając o kawie pobiegłam nad jezioro.
Robiłam zdjęcia ze świadomością, że i tak nie oddadzą one tego piękna, które widzą moje oczy. Może gdybym miała jakiś dobry aparat i jeszcze na dodatek umiała coś z niego wykrzesać, to uchwyciłabym choć odrobinkę tego czaru, tej magii, która obecna była wokół mnie.
W pewnej chwili w chmurach zrobiła się dziura, jakby otworzyło się oko i popłynął stamtąd snop światła, tworząc na tafli jeziora świetlisty krąg.
Nie trwało to długo, ale przez te kilkanaście sekund wydawało mi się jakby to był tunel do nieba. Stałam i patrzyłam na to zdziwiona i zauroczona.
Może to jakiś znak dla mnie?
Popatrzcie sami na fotkę obok. Czy nie mam racji? Czy to nie wygląda jak wielkie oko z małą źrenicą?
Trochę przypominało to też snop światła rzucany na ziemię podczas lądowania ufo, ale ufo do mnie jakoś nie trafia.
Potem chmury się zeszły i oko się zamknęło.
Świetlny krąg na jeziorze zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Nie, nie, nie myślcie, że zwariowałam - ja tak tylko sobie ... bajdurzę.
Za kilkanaście sekund chmury zaczęły sie przerzedzać i dla odmiany przepuszczały światło cienkimi kaskadami.
Widok był po prostu zapierający dech w piersiach. Stałam nad jeziorem i chłonęłam oczami co się dało. Czasami też pstryknęłam fotkę. A na niebie obrazy przewijały się jak w kalejdoskopie. Najlepiej byłoby nagrać film, ale nawet o tym nie pomyślałam.
Nagle nad jeziorem pojawił się sąsiad z pieskiem. Nawet nie słyszałam kiedy nadchodził.
- Witam sąsiadkę. Ale byle jaka pogoda, co? - zgadał.
Przytaknęłam mu, no bo co miałam powiedzieć? To co czułam? Chłopina by mnie wyśmiał albo wysłał do wariatkowa.
A to jest ostatnie miejsce, w którym teraz chciałabym wylądować.
Ponieważ nie byłam zbyt rozmowna, sąsiad burknął coś jeszcze i pomaszerował dalej brzegiem jeziora.
Chmury się rozwiały, pogoda się poprawiła. Z jednej strony ucieszyłam się, ale z drugiej strony szkoda mi było, że widowisko trwało tak krótko.
Chętnie zamieniłabym dzisiejszy planowany spacer po lesie na jeszcze kilka minut tej "niebiańskiej" rozrywki.