| Odwiedzin: | 258205 |
| Komentarzy: | 4973 |
| Założony: | 10 lipca 2010 |
| Ostatni wpis: | 10 marca 2012 |




Kuchnia, przygotowywanie obiadu.
Mama: To co z ta maturą będziesz poprawiać?
Ja: Nie, nie wiem czy warto, jestem zmęczona tym ciągłym dążeniem gdzieś wyżej
by osiągnąć coś więcej. (Nigdy dość dobra.)
Podobają mi się te studia ale może za rok. Teraz i tak już mało czasu.
Mama: Za rok to już na pewno nie.
Wieczór, rodzice rozmawiają sami w salonie.
Tata: Będzie poprawiać maturę?
Mama: Nie, nie chce, Poza tym mówi, że już za mało czasu.
Tata: Jak za mało czasu?!
Mama: No wiesz w końcu chciała fizykę i chemię.
Obiad następnego dnia, dzień przed wyjazdem.
Tata: I co poprawiasz maturę?
Ja: Nie.
Tata: To chyba trzeba by było powiadomić jakoś szkołę.
Ja: Teraz to już nie ma sensu, bo deklaracje ostateczne się składało już.
Tata: No ale jak? No to przecież oni będą specjalnie na Ciebie czekać.
Ja: Nie będą, zawsze dużo ludzi rezygnuje.
Tata: No ale tak nie można, bo oni będą szykować dla Ciebie miejsce.
Czekaj mam tu numer do sekretariatu, masz dzwoń. {wyciąga telefon}
Ja: Nie chcę, też mam.
Tata: {Wybiera numer i podaje mi słuchawkę}
Ja: Będę dzisiaj w mieście to tam podejdę.
Tata: Na pewno? Coś nie chce mi się wierzyć.
Ja: {uciekam do swojego pokoju, napływają mi do oczu łzy...}
Peron, pięć minut przed odjazdem pociągu, pożegnanie.
Tata: Co do matury to szanujemy Twoją decyzję ale się z nią nie zgadzamy.
Ja: ...
I nie wiedzieć czemu, odkąd wróciłam do Łodzi mój dzień wygląda mnie więcej tak:
śniadanie, zajęcia, serial, chemia (minimum 3h), co daje średnio 5h snu.

P.S. Kolokwium z anatomii zaliczyłam.
P.S.2 Nie dałam tacie tamtego listu, nie mogłam...
Minusy:
- bolące gardło
- spuchnięta twarz
- 180zł na dentystę
- brak względnie płaskiego brzucha
- skurcze w łydkach
- rozjechanie emocjonalne
- rozwalenie sobie rutyny
- oduczenie organizmu od małych ilości posiłków
- poczucie własnej wartości -100
- psychiczne zeszmacenie

Plusy:
+ spotkałam się z przyjaciółkami
+ spędziłam trochę czasu z rodziną
+ mam zamrażarkę pełną pierogów i rybki xD
+3kg więcej niż w dniu przyjazdu,
Akurat tym ostatnim się nie martwię, bo w tydzień spadnie. W sumie to i tak jestem pozytywnie zaskoczona, bo przy takiej ilości jaką tam pochłaniałam to nie jest to znaczny wzrost wagi. Bo ja nie jadłam normalnie, czy nawet do syta, ja wpieprzałam do przejedzenia, wręcz do rzygania. Ale to już przeszłość. Przyjechałam do Łodzi, o mało się nie zabiłam dwa razy z tą moją "malutką i leciutką" walizką i jak zawsze schizowałam, że nie wysiądę gdzie powinnam hehe xD Z racjo tego, że lodówka pusta, trzeba było nawiedzić sklep i pierwsza myśl by nakupować jeszcze wczoraj na wieczór słodycze i się napchać, ale opamiętałam się i wypakowałam grzecznie z koszyka, skończyło się na bułce z szynką i pistacjach.
Z racji tamtego tygodnia dzisiaj dzień koktajlowy, wczoraj się przekonałam, że mój organizm ciężko toleruje nagłe odstawienie tony węglowodanów, więc dzisiaj też będzie ich sporo, jednak nie ze słodyczy a z owoców i z towarzystwem białka ;) A jutro już wracam do normalności.
A i jutro bardzo, bardzo istotne zaliczenie kolokwium z anatomii ;/ Bo jak się nie uda to warunek, więc BŁAGAM trzymajcie kciuki.
P.S. Dziękuję za wszystko ;*
Gdy jestem w mieście aka wszystko jest takie proste,
Wiem czego chcę, do czego dążę, potrafię sama podejmować decyzje.
Przyjeżdżam tutaj i wszystko się rozjeżdża, gubię swój cel,
Nie wiem czego tak naprawdę chcę...
Pojawia się masa wątpliwości i totalne zagubienie.

Zaczynam od teraz, nie od jutra bym dzisiaj mogła jeszcze wpierdzielić pół szafy.
To co było jest już przeszłością, wymazuje z pamięci ostatnie dni,
Tak jak potrafiłam z niej wyprzeć kilka lat, tego nie było i nie ma.
Przyjeżdżając tu zrobiłam błąd, mając w podświadomości przekonanie, ze mi się nie uda
Dałam sobie przyzwolenie na to by zawalić ważne by wyciągnąć wnioski
i nie powtórzyć tego kiedy przyjadę do domu na święta.
Jestem na tyle silna, że potrafię ją kontrolować, powiedzieć sobie STOP.
50 DNI
1. 1000-1200kcal
2. Przynajmniej 2l wody/herbat.
3. Max 55% węglowodany; Min 30% białko
4. Co 10dni drobne odstępstwo np. kisiel, budyń itp.
5. Cappuccino/kawa max raz dziennie.
6. Zero słodyczy, białego pieczywa, makaronu.
7. 5000 brzuszków.
Dzień 0/50
....
11:00 cappuccino {100kcal}
14:00 zapiekanka z warzyw, ryżu ,mięsa i jajka {?}
17:00 twaróg biały chudy z łyżeczką cukru {220kcal}
19:00 100g jogurt naturalny 0%, truskawki {150kcal}

I bardzo dziękuję Wam za wsparcie, za to że we mnie wierzyłście.
Niektóre z Was zawiodłam, ale musicie wiedzieć, że jest to jednak dla mnie mało istotne
w porównaniu z tym jak bardzo zawiodłam siebie, bo ja walcze dla siebie.
I każda z Was też powinna robić to właśnie dla siebie.
A jak jest się przy tym dla kogoś motywacją, to jest to jeszcze bardziej budujące,
jednak to nie może być dla nas najważniejsze, bo wtedy stajemy się kimś
kogo chcą w nas widzieć innia nie my sami.

Zważyłam się rano, jest 80kg, czyli średnio 1kg w tydzień.
Dokładnie 6kg mniej w 40 dni.
Centymetry ładnie poleciały więc się cieszę ;)
Wstawiam małe podsumowanie.
Na węgle zaczęłam zwracać uwagę dopiero w V tygodniu,
więc dlatego jets coraz lepiej ;)
A wcześniejsze tygodnie liczyłam tylko kcal,
a nie chciało mi sie liczyć teraz wstecz już więcej.
Ale jadłam podobnie, po około 1000kcal

Wiem, że powinnam się cieszyć, ale...
Liczyłam na tą 7, życie lubi rozczarowywać.
